Strzelające zegarki.
To jest ten dzień, w który dostajesz przyspieszenia.
Dniówka się kończy za czterdzieści, a ty musisz biec na praktycznie koniec miasta, żeby załatwić coś dla rodziców malca. Umawiacie się pomiędzy trzaskającymi drzwiami, ryczeniem pralki i zmienianiem pieluchy. Szybko, w te pędy pakujesz Jureczka* w kilogramy ubrań, wciskasz do wózka i jak z paczką na pocztę ruszasz w drogę. Nogi ci się plączą, oddechu brakuje, a czas nieubłaganie ucieka. Zegara tramwajowy okazuje się łaskawy i dzięki niemu wiesz, że możesz zwolnić. Prawie spokojnie załatwiasz co trzeba.
Po odwiecznej walce ze schodami, wracasz. Bierzesz głęboki wdech, tętno ci się wyrównuje. Przecież rodzice już na ciebie czekają.
A tu psikus, boście się nie dogadali i oni zapuszczają korzenie w miejscu, z którego właśnie wracasz, nie mogąc doczekać się spotkania ze swoim pocztowym pakunkiem. Akurat tego dnia umówiłaś się z dawno niewidzianymi znajomymi, którzy już drepcą pod drzwiami twojego mieszkania, na drugim końcu miasta.
Chwila na myślowe tornado i smsy do kogo trzeba.
I czekasz, czekasz, czekasz na upragnioną zmianę warty…
Przecież w zamkniętym mieszkaniu rodziców i malca, do którego nie masz klucza są uwięzione wszystkie twoje zabawki. Torebka, rękawiczki i bluzka na zmianę. W końcu się spotykacie w połowie drogi, przepraszacie po stokroć i ty znów w te pędy.
Na szczęście tramwaje powrotne same otwierają przed tobą swoje drzwi. A ty uświadomiwszy sobie, że za kilka godzin znów się zobaczycie, starasz się wykrzesać z siebie resztki energii i entuzjazmu dla starych znajomych.
Niech Wasze zegarki egzystują w spokoju, a najeczki odpoczywają w przedpokoju!
Dobrego dnia!
Praline
*na potrzeby wszystkich tekstów z kategorii NianiaStory, imiona uczestników dziecięcych zostają ujednolicone do wdzięcznego Jureczka, dla zachowania anonimowości występujących i zatarcia śladów terenowych 😉
